Jarosław Mikołajewski

Oto człowiek szuka ojczyzny

Po raz pierwszy zobaczyłem rzeźbę Antoniego Rząsy w Zakopanem, w Miejskiej Galerii Sztuki, w ramach cyklu wystaw jednego dzieła. Doskonale pamiętam, czemu zawdzięczam bardzo silne wrażenie, jakie wyniosłem ze spotkania z dwugłowym Chrystusem – na tyle silne, że je noszę do dzisiaj, że się rozglądam za Rząsą, że widzę Rząsę tam, gdzie go nie ma, w lasach na przykład i we wczesnochrześcijańskich kościołach, i że, wbrew pozornej nieobecności, znajduję go w miejscach nieoczekiwanych. Tym, co określiło mój stosunek do jego sztuki, była szybka rozmowa, jaką przeprowadziłem ze sobą przed tamtym ukrzyżowanym, krótkie pytanie i błyskawiczna odpowiedź, oczywista, choć trafiająca w samo serce nieoczywistości tego artysty. Dialog mój samego ze sobą brzmiał:

– Dlaczego ten Jezus jest dwugłowy?

– Bo człowiek jest w ogóle dwugłowy.

I nie musiałem sobie niczego więcej wyjaśniać.

Nie będę tłumaczył, dlaczego wierzę w dwugłowego człowieka – to byłoby o mnie, a ja wolę o Rząsie. Wolę więc uwydatnić inny akcent tamtej rozmowy ze sobą, zawarty w przyczynowo-skutkowym skrócie: „Dlaczego Jezus?” „Bo człowiek”.

Nie tyle na wzór, co we wspólnocie z wielkimi mistykami (ze świętym Franciszkiem zwłaszcza, lecz w wersji surowej, pozbawionej uczuciowej łatwizny, w jaką Biedaczyna z Asyżu bywa upychany), Antoni Rząsa znalazł w postaci Jezusa wolność wyrażania wielokształtnej, różnorodnej i emocjonalnie wszechstronnej ludzkiej niewoli i ludzkiego ciężaru. Po pierwsze niewoli ciała, jego obrysu, który sprawia na przykład, że myślimy o człowieku jako o jednogłowym stworzeniu, i który nie pozwala wymknąć się cierpieniu, wyrwać się z niego, z gwoździ, krzyża, pnia i łańcuchów do nieprzebitego powietrza, ze śmiertelnego leżenia do pionu czy choćby pod ziemię. Po drugie – poprzez sylwetkę obolałego Chrystusa ucieka Rząsa z niewoli stylu i nad tym aspektem należy się zastanowić dłużej, bo to go wyróżnia szczególnie.

Wrażeniem, które narzuca się w chwili, gdy patrzysz, ty i ja, na liczne przedstawienia Antoniego Rząsy, jest poczucie wiarygodności albo, lepiej, trafności. Chciałoby się powiedzieć, że każdy z jego Jezusów został trafiony, przećwiczony przez jakiś moment cierpienia samego rzeźbiarza. To odczucie odkrywa rozległość zaangażowania w świat, jakie dotknęło artystę. Są wśród jego przedstawień Chrystusy pokazujące momenty prywatne, intymnie, związane przypuszczalnie z chwilą i zdarzeniem, o których opowieść być może już się zatarła, nawet w domowej pamięci. Są Chrystusy pokazujące prywatność oderwaną od okazji, mniej pretekstową, za to związaną z codziennym rozeznaniem w ludzkim położeniu, w ponurych możliwościach smutku, dna, rozpaczy. Są też Chrystusy pokazujące świadomą i silną więź artysty z pokoleniem i narodem, jak wstrząsający i bardzo osobisty motyw prywatnych pomników dla poległych w Monte Cassino czy Katyniu. I wydaje się tak, że dla każdej postaci bólu, odrębnego czy współodczuwanego, lecz zawsze przeżytego autentycznie i do samych źródeł własnych arterii, Rząsa odrzucał dotychczasowe doświadczenie, dotychczasowe instrumenty pracy, przekreślał sposoby i na nowo ustanawiał chrystologiczną historię cierpienia oraz własne w niej miejsce. I właśnie przez to – przez bezustanne stwarzanie Chrystusa na nowo, nacinanego do prawdy o tym, co dojmujące – otoczłowiek Rząsy jest tak nieprzynależny, że bez przerwy szuka ojczyzny. Bo do jakiej niby sztuki, nazwanej miejscem czy stylem, miałby niby Rząsa przynależeć? Górskiej? Ludowej? Ekspresyjnej? Pobożnej? Samotnej?… Epizod włoski i ulga, z jaką artysta odnotował, że to, co pozostało do przedstawienia, już jest przedstawione przez Giotta i jego potomków, pozwoliłby szukać przynależności do artystów średniowiecza i wczesnego renesansu. Z drugiej strony ta ulga tylko na chwilę zwolniła go z wyrażania ludzkiej kruchości na własną odpowiedzialność. Jak da się wyczytać z jego zapisków, przetrwała w nim jako zmysł pracy we wspólnocie twórców ciosających do sedna, lecz każdy po swojej stronie przeogromnej pracowni. I przecież, w tej wspólnocie, nie tak już samotny, powrócił do własnej pracy.

Nie znam definicji arcydzieła, jednak czuję, kiedy chcę użyć tego pojęcia skoro nie znam lepszej definicji tego, co widzę. To słowo spływa mi niekiedy ze śliną na język na widok miejsc, ludzi i zwierząt, znacznie rzadziej sztuki i, kiedy przychodzi ta chwila, nie mam żadnych podstaw do dyskusji ze sobą. Jest wielkie to słowo, krępuję się je wypowiadać. Lecz wobec otoczłowieka w rzeźbie „Homo sapiens” Antoniego Rząsy wydaje mi się oto ono nieadekwatne, sztuczne, naciągane. Niższe. Człowiek, który jest otobykiem, Jezus-Minotaur, siedzi wciśnięty w swój punkt na ziemi jak dantejski Lucyfer w samo dno piekła, bez żadnej możliwości wyzwolenia i ruchu i tak jest człowiekiem w swoim zwierzęctwie, jak jego ból i zawstydzenie są ludzkie bestialsko. Tak jest z drewna, że jest z kamienia i ziemi, tak zmieszane i zatarte są rysy jego twarzy, że aż daje się rozpoznać w niej cechy każdego z bliskich, zapamiętanych w chwili najbliższego wzruszenia ich upokorzeniem.

Chodzi otoczłowiek Rząsy po świecie, szuka swojej ojczyzny w nas, po tym jak znalazł ją w jego pniach i gałęziach, nagiętych do ułomności. I znajduje.

Jarosław Mikołajewski

 

 

 

 

2017 © Galeria Antoniego Rząsy