Halina Rząsowa

Halinka była kobietą wielkiej kultury i mądrości – także tej życiowej. Dużo czytała, interesowała się sztuką, kupowała książki i albumy, przy tym twardo stąpała po ziemi. W małżeństwie z Antonim była głową artystyczną i ekonomiczną, a także żywą kroniką Antkowego dzieła. Antek bardzo się liczył z jej opiniami i często powoływał się na nie – Halinka uważała, że tak powinno być.

Józef Nyka

Rzeźby Antoniego Rząsy

Dachnów

Tatry

Tatry pod powiekami

Tatry przyciągają, a jeśli ktoś znajdzie się w nich przypadkiem, często wciągają. I jedni, i drudzy przybysze starają się wydeptać w nich własną ścieżkę, znaleźć uzasadnienie swojego w nich istnienia. Zostaje się więc w Tatrach, chodzi, przemierza, oglądi robi zdjęcia, by utrwalić swój zachwyt.

A robienie zdjęć to czynność, w którą zamieszana jest metafizyka. Jest szczególnie gęsta, gdy fotografuje się góry. Ktoś wyceluje obiektyw aparatu w Mnicha, naciśnie migawkę i zrobi zdjęcie Mnicha. Ktoś inny w tej samej chwili wyceluje obiektyw aparatu w Mnicha, naciśnie migawkę i zrobi Niezwykłe Zdjęcie Mnicha. Między okiem a tym, co przed okiem, dzieje się coś, co nazwać trudno, a jeszcze trudniej zrozumieć, przez ułamek sekundy banał mocuje się abstrakcją. A co wygrywa?

Bo zdjęcia zawsze przefiltrowane są przez wrażliwość fotografującego, przez to, co widzi lub co chce zobaczyć, przez jego doświadczenie, cierpienie, marzenia…

Bo dla jednych Tatry to tło dla Marioli, dla innych niepojęty żywioł, jeszcze inni Tatry czytają: podczas wędrówki szemrzą w głowie zdania z książek, ukazują się obrazy ze starych rycin i fotografii, a jakiś widok czy zapach, niczym ciasteczko u Prousta, wywołuje lawinę wspomnień lub ożywia wyobraźnię. Tak więc każdy ma swoją własną tatrzańską opowieść. Każdy ma swoje osobiste Tatry. I nie ma dwóch takich samych zdjęć Mnicha.

Halina Rząsa była jedną z nas. Tak jak my zabierała w góry aparat i uważnie obserwowała. Zrobione przez nią zdjęcia nie trafiły jednak do rodzinnego albumu. Jej górska opowieść drzemała w tekturowym pudełku, starannie przez nią uporządkowana, opisana, zapakowana pieczołowicie w kartki, będące… formularzami remanentu, zapewne pamiątkami po pracy w bufecie na Kasprowym Wierchu. I zapomniana na półce w Muzeum Tatrzańskim. Jej fotografie pomieszane są ze zdjęciami Janusza Vogla. Byli małżeństwem i fotografowali wspólnie, sprzedawali zdjęcia czasopismom krajoznawczym (np. „Poznaj swój kraj”) i starali się z tego wyżyć. Halina zamieszczała tez zdjęcia w „Taterniku”, a Józef Nyka wystawił jej taką laurkę: „Z jej pomocy korzystam tym chętniej, że oprócz doskonałego opanowania warsztatu, dysponuje ona również znajomością gór i zagadnień górskich, co w naszym piśmie ma znaczenie pierwszorzędne”. Po śmierci Haliny Janusz, pracujący jako kasjer w Muzeum Tatrzańskim, postanowił sprzedać muzeum swoje i Haliny fotograficzne archiwum. Chciał za te pieniądze kupić łódkę i zaszyć się na Mazurach. Na łódkę nie wystarczyło.

Halina Rząsa, z domu Żyła, urodziła się w 1924 r. w Krakowie. Jej rodzice umarli, gdy była mała, ukończyła Uniwersytecką Szkołę Pielęgniarek i Położnych, mieszkała i pracowała w Krakowie, aż w końcu, z powodu kłopotów ze zdrowiem, wylądowała w Zakopanem. Nie została więc przyciągnięta, a wciągnięta. Zaczęła fotografować, gdy poznała Janusza Vogla. Pierwsza jej „tatrzańska praca”, to praca w bufecie na Kasprowym Wierchu. Brat Janusza, Paw Fogel, prowadził schronisko w Roztoce, tam więc się potem przenieśli i pracowali, tam poznali m.in. Józefa Nykę i Zdzisława Dziędzielewicza. Potem było schronisko na Hali Gąsienicowej i na Chochołowskiej. Narty, włóczęgi po górach, urlopy spędzane na mazurskich kajakach, życie trochę niepoważne i cygańskie.

Pewnego dnia wpadło zlecenie – sfotografowanie rzeźb Antoniego Rząsy. „Mama – opowiada jej syn Marcin – choć nie miała doświadczenia ani zaplecza technicznego, miała wrażliwe oko i potrafiła te rzeźby pięknie skadrować i oświetlić”.

Mama Marcina – niepoprawna optymistka. Była w niej wiara w ludzi, granicząca z naiwnością.

Janusz Vogel – dziwak i hipochondryk, skłócony z bratem.

Antoni Rząsa – znany rzeźbiarz, ciepły, emanujący pozytywną energią.

I zawirowało.

Vogel dał rozwód. Antoni i Halina pobrali się w 1965 r.

Halina nadal robiła zdjęcia i korzystała z ciemni Vogla.

W 1965 roku urodził się Marcin i na moment zaginął, ponieważ został wpisany do księgi w urzędzie stanu cywilnego jako… Marian Vogel z zupełnie inną datą urodzenia. Na szczęście szybko się odnalazł jako Marcin Rząsa.

Marcin nie chodził do przedszkola, chodził za to z mamą w góry, spędzał z nią też mnóstwo czasu w ciemni. Miał ważne zadanie – pilnował kuwety z wywoływaczem. W czerwonawej ciemności ciemni zdjęcia wyłaniały się powoli, jak góry z mgły, i do ostatniej chwili nie było wiadomo, co z tego wyniknie…

Bo zdjęcia Haliny Rząsowej tym między innymi różnią się od zdjęć współczesnych, że nie wyskakiwały natychmiast na ekranie cyfrówki, nie można ich było jednym naciśnięciem guzika skasować, nie można ich było „wrzucić” do komputera i dorobić trochę chmurek z lewej strony…

Halina zaczęła pracować jako wychowawczyni w internacie szkoły im. Kenara, a jej życie kręciło się wokół spraw męża. Nie było już nart, z gór zostały tylko spacery do Strążyskiej. Lata 1972-74 to budowa domu na Bogdańskiego. Dom wyrósł murowany, ponury, zimny.

A potem rak. Halina zmarła w 1980 roku. Antoni też.

Halina Rząsa była jedną z nas. Tak jak my zabierała w góry aparat i robiła zdjęcia. Tak jak my wydeptała w Tatrach własną ścieżkę. Być może w Roztoce wciąż stoi ławka, na której siadywała, a w stawie leży wrzucony jej ręką kamyk... Przeminęła. Zostały obrazy Tatr, jakie miała pod powiekami i w sercu. My przeminiemy. W albumach, które po nas pozostaną, też trwać będą Tatry… Jakie?

Beata Słama

źródło: kwartalnik „Tatry” nr 21, lato 2007 r.

2017 © Galeria Antoniego Rząsy